Sezon 11 (2003/2004)

STATYSTYKA

To już jedenasty sezon Szkółki. Po poprzednim jubileuszowym sezonie odczuliśmy na jego początku mniejsze zainteresowanie. Ale w miarę zbliżania się zimy liczba dzieci się zwiększała. Również trudności mieliśmy z naborem na obóz zimowy w okresie ferii, ale wszystko dobrze się udało. Ze względu na odniesioną kontuzję Jasiu sezon ten będzie długo pamiętał, będąc na Mistrzostwach Świata lekarzy nabawił się kontuzji kolana. Również kontuzjowany zeszłej zimy Brzusio nie uczestniczył w zajęciach. Długo nie mogliśmy sfinalizować nowych żółtych koszulek z logo Szkółki, ale wreszcie tuż przed obozem zimowym się pojawiły.

KADRA INSTRUKTORSKO - WYCHOWAWCZA

Od kilku lat trzon kadry instruktorskiej nie zmienia się. Brakowało nam Brzusia, który ten sezon musiał pauzować z powodu kontuzji kolana. Myślimy iż w przyszłym sezonie będzie w pełni sprawny. Czekamy z niecierpliwością na napływ świeżej nowej instruktorskiej młodzieży. W następnym sezonie planują ukończenie kursów Hania i Justyna.

WYDARZENIA

Pierwszą wycieczkę w góry (oczywiście kondycyjną) odbyliśmy 25 października. Dzieci po raz pierwszy tej zimy zetknęły się z białym puchem. Wjechaliśmy na Szyndzielnię kolejką ( nie wszyscy - część starszej młodzieży na Szyndzielnię wdrapała się pieszo) i po krótkim odpoczynku ruszyliśmy w dalszą podróż.

Szliśmy drogą podobną do dywanu. Na białym śniegu ścieliły się kolorowe liście, a przyprószone śniegiem drzewa stwarzały iście bajkowy krajobraz. Dopiero w schronisku na Błatniej zauważyliśmy termometr za oknem było.....-100C. Ze schroniska schodziliśmy do Wapienicy gdzie czekał na nas autobus.

Zima na początku grudnia jeszcze nie zawitała w góry. Na szczęście w zeszłym roku w 'Andrzejki' oddano do użytku narciarzy Śląska sztuczny stok narciarski. Jazda w DSD to wprawdzie nie jazda w górach, ale 'na bezrybiu i rak rybą' jak mówi przysłowie. I dlatego też dwa pierwsze wyjazdy Szkółki były do DSD. Pierwszy jeszcze na igielicie, ale na drugi nasz wyjazd cała górka została pokryta sztucznym śniegiem. Tu na tej sztucznej górce wielu narciarzy stawiało pierwsze kroki i w tym sezonie.

Nowy Rok obficie obsypał Beskidy śniegiem, a my na pierwsze wyjazdy w Beskidy wybraliśmy się do Wisły na lubiany przez dzieci stok w Nowej Osadzie. Góry przywitały nas łagodnym mrozem i lekkim zachmurzeniem. Spodziewaliśmy się wszyscy wielkiego najazdu narciarzy, ale w ciągu dnia okazało się, że owszem narciarzy było dość sporo, ale nie były to wielkie tłumy. Tak że wiele grup zjechało nawet więcej niż 10 razy. Trasa narciarska była dobrze przygotowana, lecz pod koniec dnia wyraźnie można było zaobserwować wyślizgane miejsca. Przed następnym wyjazdem prognozy straszyły deszczem i wiatrem. Jakież było nasze miłe rozczarowanie kiedy już wjeżdżając do rodzinnego miasta naszego najlepszego skoczka - Adama - zobaczyliśmy jezdnie pokryte rozjeżdżonym śniegiem. A gdy wdrapaliśmy się na stok to okazało się, że spadło ok 5-10 cm świeżego śniegu. Ludzi tym razem było bardzo mało to też pokonywaliśmy górę wielokrotnie (rekordziści podobno 17x). Warunki narciarskie bardzo dobre. Pogoda jedynie nie najlepsza, chociaż nie narzekajmy bo na szczęście było na tyle zimno iż w górach padał śnieg i to czasami dość obficie.

Dwukrotnie odwiedziliśmy stok w Nowej Osadzie. Więc nastęne wyjazdy planowaliśmy na nieco trudniejsze stoki. Tak jak zaplanowaliśmy nasze drogi kierowały się na Cieńków. A tu jak dojechaliśmy na miejsce okazało się iż są jakieś zawody, a na parkingu dla autobusów stało ich już kilka. Szybka decyzja - wracamy na Nową Osadę. Rozpoczęły się ferie dla kilku 'narciarskich' województw co od razu było widać w górach. Na stoku i do wyciągu ilość narciarzy była podobna jak za naszym pierwszym pobytem, czyli dość spora.

Zima wspaniała. Słoneczko czasami starało się przebić przez nieliczne chmurki i jak mu się to udało to i temperatura się podnosiła (może do -8 st.C). Ponieważ nie było wiatru więc ten mróz nie tak bardzo dawał się we znaki, tylko zjeżdżając w dół czuło się go na twarzy. Świeży śnieg przykrywał pięknymi czapami świerki, a pod nogami można było czuć przyjemność jazdy po puchu.

Już trzy razy byliśmy na stoku w Nowej Osadzie tej zimy. Mimo ferii zimowych i spodziewanej dużej ilości narciarzy w Beskidach my realizujemy nasz plan wyjazdów narciarskich. Kolejny nasz wyjazd narciarski to Cieńków. Było wspaniale (no może prócz czekania na wjazd wyciągiem) bo w górach była pogoda taka jaką lubią narciarze - słońce i lekki mrozik, a pod nogami biały śnieg, może trochę miejscami wyślizgany, ale bez lodu.

Dzieci jeździły jak zwykle w grupkach formowanych według umiejętności narciarskich. Jeszcze dwie dziewczynki pokonywały stok 1/1, czyli same z instruktorem, ale najmłodsza narciarka przy ostatnim zjeździe na ostatniej polance dołączyła do grupki. Była bardzo z tego powodu szczęśliwa, bo mogła się już spotkać z koleżankami i kolegami nie tylko na sali ale też na nartach. I od następnego wyjazdu w góry będzie już zawsze jeździła w grupce. Mimo dość sporej ilości narciarzy niektóre grupki pokonały górę dziesięciokrotnie.

Na ostatni wyjazd przed obozem zimowym wybraliśmy się również na Cieńków. Wyjeżdżaliśmy pełni obaw o to co nas może spotkać w górach. Wiedzieliśmy że śnieg będzie, ale czy nas nie zmoczy deszcz? Tego najbardziej obawialiśmy się. Jak zwykle kiedy na Śląsku kiepska pogoda pod wyciągami pusto. Na parkingu kilka samochodów osobowych i jeden autobus (szkółka z Gliwic). Do wyciągu podjeżdżaliśmy bez jakichkolwiek kolejek, dlatego też ilość zjazdów była znacznie większa niż ostatnim razem. Śniegu sporo, a trasa nr.1 bez łysin. Tylko ten śnieg jak w marcu, a nie na początku lutego. A temperatura w okolicach +10 st. Pogoda dopisała. Tylko około południa zaczęło padać. Ale deszcz był bardzo skąpy i szybko przestał padać. O dziwo po południu nawet pojawiło się słońce.

Dzięki feriom dzieci organizowanym w różnych terminach mieliśmy możliwość załatwienia świetnego miejsca na obóz zimowy. To stacja narciarska"Wierchomla" w Beskidzie Sądeckim.

Zajęliśmy dwa domki 'Na Górce' do których bagaże były transportowane najpierw z parkingu samochodem dostawczym, a potem skuterem śnieżnym. Mieszkaliśmy w górach tak jak od dawna marzyliśmy. Rano schodziliśmy w 'normalnych' butach na śniadanie, a po nim drapaliśmy się spowrotem na górę by około 10-1030 już w butach narciarskich zejść na narty. Na obiad grupy zjeżdżały przed 14. Po nim siadaliśmy na krzesełka i po około 15 minutach zatrzymywaliśmy się w namiocie - 'cyrku', gdzie mieściliśmy się bez problem wszyscy i można było przekazywać różne informacje całemu obozowi. A potem do wieczora jeździliśmy na nartach by na 18 zjechać na kolację, a po niej wdrapać się z mozołem do domu (dla niektórych powrót z nart był morderczy).

Codziennie rano jak wstawaliśmy i wychodziliśmy na taras domku przed nami rozpościerał się wspaniały widok.
Widzieliśmy czy już ruszył najbliższy nam wyciąg 'Toczek' jak również widzieliśmy czy dużo ludzi jedzie krzesełkami lub zjeżdża na nartach.

Już w pierwszym tygodniu rozpoczęliśmy przejazdy treningowe na tyczkach ustawianych przez młodzież i instruktorów na stoku o nazwie 'Toczek'. I przeprowadziliśmy cykl czterech zawodów o Puchar Zimowiska, które wyłoniły najlepszego narciarza w danej grupie wiekowej.

W czasie całego pobytu w Wierchomli była świetna narciarska pogoda. Wprawdzie dni słonecznych nie było za wiele i na szczęście tylko jeden (i to nie cały) dzień był z temperaturą powyżej zera, a często sypiący śnieg dawał pod nartami świetne warunki do jazdy. Śniegu w pierwszym tygodniu nie było na tyle by można było uruchomić wszystkie wyciągi, ale już w drugim mogliśmy korzystać z nich w pełni. Trasy narciarskie zawsze były wspaniale przygotowane Siedząc na krzesełkach, przejeżdżając nad szałasem w którym mieścił się bufet umiejscowiony gdzieś w połowie trasy, oglądając przejeżdżających dołem narciarzy, a potem sami sunąc po wyśmienitym śniegu czuliśmy się jak w Alpach. Również jeżeli chodzi o ilość ludzi do wyciągów. Bardzo często tylko my okupywaliśmy wyciąg, a do krzesełek (4-osobowych) najdłużej stało się 15 minut (może tylko z dwa razy).

W niedzielę był dzień bez nart, wyjechaliśmy do Krynicy. Dzieci się cieszyły, że wreszcie 'zaliczą' jakieś sklepy (bo najbliższy od nas był o 2km) i porobią niezbędne zakupy. Po zakupach cała wycieczka ruszyła na podbój sklepików i straganów w Pijalni Wód. Potem spacerkiem poprzez deptak Krynicki ruszyliśmy w stronę kolejki na Górę Parkową. Nasza grupa zajęła cały wagonik, ale na szczycie nie zabawiliśmy zbyt długo bo mocno wiało co powodowało iż marzliśmy dość szybko. Nie cała kadra pojechała do Krynicy. Nasi dwaj instruktorzy (Mirek i Łukasz) wybrali się na górską wycieczkę nieprzetartymi szlakami.

Przed ostatnimi zawodami o Puchar Zimowiska wieczorem były wielkie przygotowania. Zawody organizowała nam Stacja Narciarska Wierchomla. Ponieważ w grupach młodszych dziewczynek i starszych chłopców zdobycie pucharu zależało od wyniku tych właśnie zawodów, atmosfera była wieczorem iście bojowa. Dzień przywitał nas wspaniałą słoneczną pogodą i niewielkim mrozem. Już jak jechaliśmy krzesełkami widać było ustawiony super gigant. Były dwa przejazdy, a o wyniku decydowała suma czasów uzyskana w każdym z nich. Walka była zacięta i do drugiego przejazdu ważyły się losy pucharu w grupie młodszych dziewczynek. Zwyciężczyni pokonała rywalkę o 0,02 sekundy (dwie setne!!).

Dziewczęta młodsze

 

Dziewczęta starsze

 
1 Magda Głowacka   1 Hanna Głowacka  
2 Aleksandra Tomasik   2 Magdalena Tomasik  
3 Paulina Gajewska   3 Paulina Bugno  

Chłopcy młodsi

 

Chłopcy starsi

 
1 Bartosz Filipów   1 Władysław Skałba  
2 Jakub Piasecki   2 Mateusz Matlengiewicz  
3 Michał Linart   3 Piotr Gajewski  

Ostatni narciarski dzień w Wierchomli przywitał nas lekkim mrozem i od czasu do czasu przebijającym się przez chmury słońcem. Do obiadu w grupkach narciarskich pokonywaliśmy ostatni raz trasy narciarskie. Po obiedzie i tradycyjnie po krótkim spotkaniu w 'cyrku' na szczycie zaliczyliśmy parę zjazdów by o 1630 stawić się w 'szałasie' na zakończenie obozu zimowego Wierchomla'2004.

Wszyscy zmieściliśmy się na pięterku szałasu. W kilku słowach ciocia Ela podsumowała nasz obóz zimowy, potem ciocia Mysza nagrodziła zwycięzców w konkursie czystości. A na koniec wujek Andrzej i wujek Mirek wszystkim uczestnikom obozu wręczyli dyplomy i dekorowali zwycięzców pucharami i medalami. Poniżej zwycięzcy w poszczególnych grupach wiekowych

Po uroczystości zjechaliśmy grupami do dolnej stacji wyciągu krzesełkowego i ostatni raz udaliśmy się na górę krzesełkami by tam uformować długi wąż narciarzy i zjechać nim do samego dołu. Po drodze (na wypłaszczeniu wokół latarni) zrobiliśmy krąg i wspólnie pożegnaliśmy góry stukaniem kijków o siebie. To już tradycja naszych obozów od wielu lat, że zawsze (jeżeli warunki na to pozwalają) w ten sposób żegnamy się z górami.

I tak szczęśliwie zakończyliśmy jedenasty obóz narciarski Szkółki Narciarskiej GIGANT. Wszyscy zgodnie stwierdziliśmy iż to był najlepszy nasz obóz. Po pierwsze miejsce (lokalizacja w samym ośrodku narciarskim), oczywiście pogoda i warunki narciarskie miały tu niebagatelne znaczenie. Brak kontuzji i jakichkolwiek chorób i infekcji wśród dzieci, zawsze wszyscy rano wychodzili na narty. Miła i serdeczna atmosfera, starsi zawsze pomagali młodszym. Warunki mieszkaniowe luksusowe (no może prawie-brak w niektórych pokojach szaf). Jedzenie wyśmienite, zarówno obiady jak i kolacje, a 'Szwedzki stół' na śniadanie to co wszyscy najbardziej lubimy.

W naszej pamięci zostanie na zawsze piękna panorama jaką można było zobaczyć ze szczytu. A dokumentacja z obozu jest imponująca. Ponad 1000 zdjęć zrobionych przez Łukasza, oraz filmy kręcone przez Mirka, Jasia i Łukasza.

Pierwszy wyjazd po zimowisku to Puchar Zabrza. Już po raz drugi odbył się niedaleko nas, w Dolomitach Sportowej Dolinie w Bytomiu - Suchej Górze. Nie jest to stok o dużych trudnościach technicznych, ale i tu można się pościgać i dobrze zabawić.

Dzień był podobny do zeszłorocznego - słoneczny i lekko mroźny (chociaż rano było -160C). Starty przebiegały w miarę sprawnie, aż do awarii pomiaru czasu. Wtedy to wśród uczestników zawodów zaczęły się narzekania na to i owo, a przede wszystkim żal iż zawody o takie trofeum odbywają się na takiej górce. Slalom liczył 7 (słownie siedem) bramek, a my na obozie zimowym stawialiśmy slalomy na 15-19 bramek, na trasie wymagającej od narciarza nie tylko umiejętności zjazdu, ale i kondycji. Na szczęście wszystko to rekompensowała pogoda i 'Park Mistrzów' w którym świetnie bawiły się nasze dzieci.

Oficjalne wyniki przedstawione w formacie pdf są w czytelne i w przejrzystej formie.

Po długiej przerwie wreszcie zawitaliśmy do Szczyrku. A jak było? Zdania są podzielone. Ci co znają te stoki (GAT) od wielu lat i po dwu letniej przerwie na nich ponownie szusowali (w zeszłym sezonie nie byliśmy ani razu w Szczyrku) nie zauważyli żadnych zmian. Wręcz dał się zauważyć brak jakichkolwiek zmian - tak jak było tak jest. Stare wysłużone wyciągi (wprawdzie działające), porozstawiane w różnych miejscach na stokach góralskie chatki w których można coś zjeść i wypić. 'Budowle' te o 'wspaniałej' domorosłej architekturze (tu jakaś cerata, tam kawałek dykty, a gdzie indziej deski ze skrzynek). Jednym słowem swojsko i smrodlawie. Szkoda że nic nowego nie powstaje w tak cudnym miejscu w górach.

Ale na szczęście stoki były dobrze przygotowane. Pogoda dopisała, przez lekko zamglone niebo próbowało prześwitywać słońce. Mimo kolejek do wyciągów (oj! gdzie ta Wierchomla bezkolejkowa?) najeździliśmy się dość sporo. I to tak, że niektórym brakło pieniążków, jest tam dość drogo.

Młodsze dzieci, które były pierwszy raz w Szczyrku nie mogły się nadziwić iż można było najeździć się na jednej górze nie powtarzając trasy, a potem przemieścić się na przeciwległą górę (obserwowaną z daleka) i ponownie szusować różnymi trasami. Mimo że najmłodsi nie zjechali do Cyrnej (bo już brakło im dutków) to i tak z dość dużym trudem człapali do autobusu mając kilkanaście kilometrów w nogach. Takiej śnieżnej zimy dawno w górach nie było. Już prawie połowa marca, a w Szczyrku duże zwały śniegu na poboczu. W górach i na trasach narciarskich też jego sporo. A tam gdzie stoki sztucznie dośnieżane wręcz cała masa.

Tego jeszcze nie było. Szkółka zamiast na nartach (przedostatni wyjazd w tym sezonie) była w kinie, a to za przyczyną fatalnej, deszczowej pogody. Jak w Szczyrku podjechaliśmy pod wyciągi z nieba lały się strugi wody, tylko kilka minut i bylibyśmy przemoczeni (a może potem i przeziębieni). Jazda w tych warunkach pogodowych nie miała większego powodzenia, więc postanowiliśmy inaczej spędzić czas. Wróciliśmy do Bielska i tam poszliśmy wszyscy do kina. Niektórym dzieciom się ta zmiana bardzo podobała, innym mniej, ale wszyscy byli zadowoleni.

Na ostatnim wyjeździe narciarskim zostaliśmy mile zaskoczeni aurą i warunkami narciarskimi. Zima powróciła w Beskidy. Na trasie narciarskiej w Cieńkowie był nowy, świeży, około 20 centymetrowy dywanik śniegu po którym do południa sunęło się wyśmienicie. A na dodatek prócz naszej Szkółki było zaledwie kilkoro narciarzy. Do wyciągu podjeżdżało się tak jak w Wierchomli do talerzyka Toczek (czyli bez stania w jakiejkolwiek kolejce). Dlatego też już do południa grupy przejechały około 10x i dzieciom wydawało się iż braknie im na... McDonalds'a pieniążków. Bo to przecież ostatni wyjazd w sezonie, który tradycyjnie kończymy w tym lokalu.

Niektórzy młodzi narciarze myśleli iż zima już się skończyła i frekwencja nie była zbyt duża. A niech żałują Ci którzy nie przyjechali, bo ujeździli by się do syta. Mając pod nartami świeży śnieg i nieźle przygotowane trasy. Cały dzień (z małymi przerwami) sypał śnieg i trochę brakowało nam wiosennego słoneczka. Ale dzięki temu jazda była wspaniała.

Tak jak w minionych sezonach i w tym, sezon zimowy Szkółki zakończyliśmy w Alpach. Byliśmy ponownie na lodowcu STUBAI.

Każdy dzień pobytu wyglądał podobnie. Śniadanie mogliśmy jeść już od 730, a punktualnie o 900 następował wyjazd na narty (poślizgi jakie się nam zdarzały to 3-5 minut). Z nart wracaliśmy około 1715, potem kąpiel i z niecierpliwością oczekiwana obiadokolacja o godzinie 1830. Po obiedzie spacer, odpoczynek lub spotkania w 'podgrupach'.

Jeździliśmy zawsze grupami. Małe dzieci z rodzicami, starsze dzieci pod opieką instruktorów, oraz jeszcze kilka grup które tworzyli znajomi i przyjaciele. Niestety nie było z nami Jasia, który na mistrzostwach świata lekarzy nabawił się kontuzji kolana i opieką oraz instruktarzem na stoku zajęli się Marysia i Andrzej skupiając się głównie na dzieciach. Tworzyliśmy na stoku nieliczną grupę dobrze oznaczonych (kamizelki) i bardzo dobrze jeżdżących narciarzy pokonując dziesiątki kilometrów tras narciarskich na lodowcu Stubaier. Andrzej kilka razy po południu starał się wpoić arkana skrętu na krawędziach najmłodszym narciarzom - Oli, Maćkowi i Bartkowi. Każdy z narciarzy mógł zawsze liczyć na przychylność i narciarską pomoc, oraz miłą i wesołą atmosferę wraz z opieką (gratis) Eli.

Pewnego dnia dzieci zapragnęły spróbować jazdy na snowbordzie i Marek (nasz zapalony snowbordzista) z chęcią poświęcił cały dzień by nauczyć je jazdy na desce. Pomagał mu dzielnie Mateusz, który już całkiem nieźle radzi sobie z tym sprzętem. Tereny na lodowcu są do tego sportu wyśmienite. Był to słoneczny i ciepły dzień, a dziewczęta (bo tylko one spróbowały tej zabawy) z wielkim zapałem i ambicją pokonywały stoki coraz lepiej dając sobie radę ze zjazdem.

Pogoda w tym roku nam dopisała jak nigdy. W pierwszym dniu było niewielkie zachmurzenie, drugiego dnia nawrót zimy. Cały dzień padał obficie śnieg. Spadło go około 0,5m i aby wrócić do Fulmpes po nartach musieliśmy poczekać na pługi i piaskarki które doprowadziły drogę do przyzwoitego stanu. A od wtorku lampa, słońce i słońce, tylko w piątek z niewielkimi chmurkami. Szkoda tylko, że temperatura była dość wysoka i trasy położone poniżej 2500m były miękkie. Nie omieszkaliśmy zjechać dość dużą grupą 10km trasą "Wilde Grub'n" w środowy poranek. I tu należą się wielkie brawa i uznanie dla małej Oli, która dzielnie z nami wszystkimi podążała tą niezbyt łatwą trasą.

W tym roku nie było tak licznej grupy jak w poprzednim sezonie dlatego może wytworzyła się bardziej rodzinna atmosfera, zarówno na nartach jak i wieczorami po kolacji. Ostatni wieczór spędziliśmy wszyscy wspólnie w świetlicy w której na jednym z honorowych miejsc stoją podarowane przez nas właścicielowi hotelu węglowe rzeźby. Ostatni dzień na nartach o mało co nie skończył się utratą plecaków, które zostały na górnej stacji kolejki Gamsgarten.

Po ostatnim zjeździe spakowaliśmy narty do pokrowców, buty narciarskie do plecaków no i oczywiście zrobiliśmy sobie tradycyjnie wspólne, grupowe zdjęcie. Potem mycie, obiadokolacja oraz pakowanie autobusu i około 20 wyruszyliśmy do domu. Prawie całą drogę lał deszcz (tak mówili kierowcy - bo w autobusie wszyscy sobie smacznie spali). W Zabrzu byliśmy po dziewiątej. Na szczęście deszcz przestał padać i mogliśmy bez problemu wypakować rzeczy i pożegnać się obiecując sobie spotkanie za rok.

I tym wyjazdem Szkółka Narciarska GIGANT zakończyła jedenasty sezon narciarski. W tym sezonie 2003/2004 zima była wyśmienita. Zarówno wyjazdy sobotnie, obóz narciarski w Wierchomli jak i wiosna na lodowcu były w świetnych warunkach narciarskich.

Do zobaczenia w przyszłym sezonie narciarskim.