Sezon 15 (2007/2008)

STATYSTYKA

W piętnastym sezonie Szkółki zapisało się wiele nowych dzieci i tym samym znacznie odmłodniał jej skład. Rozpoczęliśmy wyjazdem narciarskim dwudniowym rezygnując z wycieczek górskich jesienią. Zima w miarę dopisała, o czym świadczy odwołanie tylko jednego grudniowego wyjazdu. W okresie ferii po raz pierwszy wyjechaliśmy w Alpy. Lubiana przez nas Wierchomla tak wysoko postawiła poprzeczkę cenową, że nie było to do zaakceptowania, a też nikt nie dawał gwarancji śnieżnej zimy. Alpy to wysokie góry i mniejsze prawdopodobieństwo braku śniegu. Bardzo dużym powodzeniem cieszył się wyjazd wiosenny na lodowiec.

KADRA INSTRUKTORSKO - WYCHOWAWCZA

W tym sezonie Hania ukończyła kurs Instruktorski. I tym samym już ośmiu Instruktorów współpracuje ze Szkółką, a więc podniosła się jakość szkolenia dzieci. Dużym osiągnięcie sportowym w tym sezonie była wygrana Szkolna Liga Śląska przez Magdę.

WYDARZENIA

W tym sezonie zaplanowaliśmy pierwszy wyjazd na śnieg jako wjazd dwudniowy. Na nartach jeździliśmy na Stożku. W sobotę warunki narciarskie nie były złe. A co najważniejsze dla nas - jeździł talerzyk, a to wyciąg nieodzowny dla początkujących narciarzy (a było ich w tym sezonie sporo). Pod dolną stację wwiozły nas mikrobusy, a tu po przebraniu butów, założeniu nart, podziale na grupy i kupnie karnetów wszyscy ruszyliśmy na pierwsze w tym sezonie szusy narciarskie. Dobrze jeżdżący narciarze stanęli do niewielkiej kolejki do krzesełek, natomiast ci mniej wprawni, oraz początkujący ruszyli w stronę wyciągu talerzykowego.

Po przerwie niestety trochę popsuła się pogoda, zrobiło się cieplej i pojawiła się lekka mżawka, która niestety zmieniła się w deszcz, a on nas złapał gdy schodziliśmy do autobusu. Trochę przemoczeni dotarliśmy do domu wczasowego. Po rozlokowaniu w pokojach i rozwieszeniu wszystkich przemoczonych rzeczy na kaloryferach udaliśmy się na kolację. Po niej zebranie i zabawy. Wreszcie upragniony sen.

Nocny deszcz poczynił trochę spustoszenia w pokrywie śnieżnej. Już nie było tak dobrych warunków narciarskich jak w sobotę, ale i narciarzy było znacznie mniej. Niektóre dzieci po raz pierwszy tego dnia siadły na krzesełka. I trzeba przyznać, że bez większych trudności pokonywali pierwszą część trasy zjazdowej, by dalej z wielką uciechą ścigać się na nartostradzie.

Niestety następny wyjazd narciarski zmuszeni byliśmy odwołać, ale już 15 grudnia można było jechać w góry. Pojechaliśmy ponownie na Stożek. Dzięki ski-busom, które wywożą nas dość szybko pod wyciąg Stożek staje się atrakcyjną dla nas górą na której zawsze panuje typowo narciarska atmosfera. W górach zastaliśmy piękną zimę. Wprawdzie świeżego śniegu nie było za wiele (ok 15-20cm), ale trasy zostały przez noc dośnieżone i jazda była wyśmienita. Mimo trzech autokarów jakie była na parkingu w Łabajowie do wyciągów nie stało się w kolejkach, a właściwie podjeżdżało się od razu do kasownika. Tak było i na krzesełkach jak i talerzyku. Przy tym ostatnim trochę gorsze warunki narciarskie, ale maluchom to za wiele nie przeszkadzało. Wszystkie z wielką ochotą i radością wykonywały ćwiczenia, które mają im już w niedługim czasie umożliwić pokonanie większych i bardziej wymagających górek.

Pogoda była grudniowa. Lekki mróz na dole, bez wiatru, ale po wjechaniu krzesełkami czuć było iż jest znacznie chłodniej i niestety było mglisto. Już przed południem wiele grup zjechało na przerwę do baru i tu niestety dzieci (dorośli również) musiały wystać się w kolejce by sobie kupić coś do zjedzenia i picia. Po przerwie wszyscy z wielką ochotą wrócili do ćwiczeń i jeszcze wielokrotnie wyciągali się czy to talerzykiem, czy krzesełkami do góry.

Na pierwszy wyjazd w nowym roku wybraliśmy się do Nowej Osady w Wiśle. Znana nam wszystkim góra przywitała nas bardzo dobrymi warunkami śniegowymi. Dzięki sztucznemu naśnieżaniu na trasie było na tyle dużo śniegu, że nie wychodziły kamienie i nie było przetarć. Niestety było bardzo dużo narciarzy, dlatego też ilość zjazdów nie była imponująca. Młodzież przygotowująca się do kursów PI (które zamierza odbyć w okresie ferii zimowych) ćwiczyła z wielkim zapałem. Natomiast młodzi narciarze poznawali kolejne ewolucje i ćwiczenia, które mają ich w przyszłości doprowadzić do takiej techniki jazdy by też mogli osiągać kolejne stopnie narciarskie PZN.

To był ostatni wyjazd przed obozem zimowym na który wybieraliśmy się w Alpy. Gerlitzen to góra w Karyntii o wysokości prawie 2000 m. Na obóz wyjechaliśmy o 22 by rano zameldować się w Villach, a po zwiedzeniu starówki tego miasta, oglądnięciu wystaw i drobnych zakupach udaliśmy się do miejscowości Annenheim pod dolną stację kolejki gondolowej na górę Gerlitzen.

Teraz musieliśmy rozpakować cały autobus, bagaże przetransportować do dolnej stacji gondolek, potem je do nich załadować by na górze je odebrać. Następnie przenieść w miejsce gdzie podjechał mikrobus, który je zawiózł do hotelu. Uff!!! Był to duży wysiłek organizacyjny i fizyczny. W Villach.Duże brawa dla starszej młodzieży (szczególnie chłopców) którzy wiele pomogli. Po przydzieleniu pokoi ostatni transport bagażu już do nich.

Pierwsza obiadokolacja po tak długiej i emocjonującej podróży w dużej przeszklonej jadalni od samego początku nastawiła nas optymistycznie. Czekaliśmy tylko na zapowiadaną zmianę pogody - słoneczną (poprzedni turnus jeździł w mgle). Po posiłku wszyscy starali się jak tylko mogli by przygotować się jak najlepiej do jutrzejszego dnia narciarskiego. A wydzielona grupa zeszła do narciarni by wyjąć wszystkie narty z pokrowców i ustawić je w stojakach.

Pobudka ustalona została na 740 , a o 8 rozpoczynaliśmy śniadanie. Rano z okien rozpościerał się wspaniały widok. Najczęściej widok był taki, że w dolinach zalegała mgła (czasami cały dzień), a my byliśmy ponad chmurami. Śniadanie to tzw. Szwedzki stół. W Villach.Do wyboru wiele rodzajów wędlin, sery, pomidorki czasem na ciepło kiełbaska lub jajecznica. Oczywiście wśród dzieci największym powodzeniem cieszyły się....hafer floki.

Około 10 zbieraliśmy się w narciarni (schodziliśmy do niej w pantoflach) by przebrać buty, wziąć narty i już w pełnym rynsztunku narciarskim czekać na dworze na wymarsz. Po przejściu około 200 m dochodziliśmy do śniegu, tu ubieraliśmy narty i jazda w dół drogą (nartostradą) do wyciągów. Austriacy tak ten dojazd z pod hoteli do wyciągów zorganizowali, że aby wrócić po nartach w to samo miejsce trzeba było wjechać króciutkim talerzykiem potem w dół drogą (nartostradą) dojeżdżało się w to samo miejsce gdzie rano zakładaliśmy narty.

Tu siadaliśmy na krzesełka cztero-osobowe by nimi udać się na szczyt Gerlitzen (1911 m n.p.m.). Pierwszy wyjazd i pierwsze widoki były zapierające oddech w piersiach. W Villach.Na około w oddali wysokie, strzeliste szczyty alpejskie (austriackie, włoskie, słoweńskie), a w dole mgła i gdzieniegdzie wychodzące z niej szczyty niższych gór. Stąd mieliśmy do wyboru kilka tras narciarskich i w zależności od zaawansowania grupy narciarskiej instruktorzy wybierali różne warianty.

W pierwszym dniu najmłodsi narciarze zatrzymali się przy dolnych wyciągach. Były to krzesełka dwuosobowe, talerzyk no i taśma dla najmłodszego uczestnika obozu - Kuby. Potem najpopularniejszym dla nich wyciągiem (a przy okazji i trasą) stały się krzesełka ośmio-osobowe (!!) na nich czasami mieściła się cała grupa łącznie z instruktorem i jeszcze inni narciarze. W Villach.Bardzo przyjemny był zjazd trasą do górnej stacji gondolek (nasz punkt startowy), ale tylko w godzinach rannych, bo po południu w niższych partiach śnieg się robił ciężki (bardziej wiosenny niż styczniowy). A największą popularnością cieszyła się trasa o długości 7,5 km. Trasa wymagająca, z kilkoma dość stromymi ściankami. Jadąc nią, zatrzymując się co jakiś czas spoglądał człowiek w dół, a tu dalej nie widać jej końca. I tak kilka razy, aż wreszcie gdzieś wśród zieleni (tak, bo śnieg był w tym miejscu już tylko na trasie, ale śnieg że ho ho) końcowa stacja. Bardziej wprawni narciarze też lubili jeździć trasą czarną (jedyną otwartą na tej górze), ale już mniej wygodny był powrót - orczyk.

W Villach.Około południa robiliśmy przerwy na których zjadaliśmy przygotowane przy śniadaniu kanapki, kupowali sobie coś do picia. Dużą popularnością wśród dzieci cieszyły się frytki i do nich nieodzowna CocaCola. Posileni ruszaliśmy dalej pokonując kilometry świetnie przygotowanych tras narciarskich.

Od wtorku rozpoczęliśmy treningi na tyczkach, by dobrze przygotować się do zawodów. Uzyskaliśmy od gestora stoku zezwolenie na stawianie tyczek w określonym miejscu od 1330. Był to teren o świetnym podłożu, a slalomy miały około 15 bramek, czyli optymalnie jak na Szkółkowe wymogi. Natomiast codziennie mogliśmy obserwować przeprowadzane przez Austriaków zawody (były nawet w obsadzie międzynarodowej) gdzie czas przejazdu był ponad minutę. W środę, czwartek i piątek przeprowadziliśmy zawody. Dzięki dużemu zaangażowaniu młodzieży, były zawsze przeprowadzone sprawnie i szybko. Po podliczeniu punktów w poszczególnych kategoriach wiekowych zdobyte miejsca podaje poniższa tabela.

Dziewczęta młodsze Dziewczęta starsze   Chłopcy młodsi Chłopcy starsi
1 Katarzyna Kaletka 1 Magda Głowacka   1 Szymon Drużba 1 Bartosz Filipów
2 Hanna Potyka 2 Katarzyna Puszer   2 Wiktor Mielniczuk 2 Konrad Krzykawa
3 Karolina Zemczak 3 Ewa Olszańska   3 Bartosz Milka 3 Michał Linart
4 Klara Mielniczuk 4 Małgorzata Romanowska   4 Maciej Ścierski 4 Hubert Stoksik
5 Zuzanna Bieńkowska 5 Alicja Darmas   5 Maciej Rosa 5 Jakub Skrzymowski
5 Karolina Dąbrowska 6 Magdalena Borowiec   6 Piotr Lewandowski 6 Jan Rosa

W Villach.Pechowcem był Hubert który nie startował w ostatnich zawodach. Zmogła go gorączka (jedyna w czasie obozu). Na uwagę zasługuje trzecie miejsce Bartka Milki, który dopiero w maju skończy siedem lat. Duże brawa dla tego obozowicza. Wśród instruktorów najlepsze czasy wykręciła Hania Głowacka.

Wracając do domu pokonywaliśmy ostatnią trasę (szczególnie jej dolny odcinek) w wiosennych warunkach. To południowy stok, a im niżej tym temperatura była coraz wyższa, a śnieg bardziej grząski.

Po nartach kąpiel, pyszna obiadokolacja i zajęcia wieczorne. A zajęcia te były różne. Jednego wieczoru karaoke prowadzone przez właściciela hotelu Pana Marka.W Villach. Okazało się, że nie tak łatwo zachęcić dzieci do śpiewania, ale jak nabrały ochoty to śpiewały i śpiewały (no może lekko fałszując). Innym razem zorganizowano turniej w bilarda, grę zespołową w piłkarzyki. Również dużym zainteresowaniem cieszył się stół pingpongowy. Oglądaliśmy zdjęcia z pierwszych dni spędzonych w Alpach na dużym ekranie. Dzieci posłuchały prelekcji o śniegu (jak powstaje, zagrożenia itp.). Można było też potańczyć w rytmie dyskotekowym. Każdy na pewno znalazł coś dla siebie i miło spędził czas przed snem. Starsza młodzież również zajmowała się przygotowaniem sprzętu narciarskiego na następny dzień.

W Villach.Tak mijały dzień za dniem. Każdy budził nas pięknym widokiem wschodzącego słońca oglądanym z okien naszych pokoi. Sprawdzała się dokładnie oglądana przed wyjazdem prognoza pogody. Nie zawsze to był cały dzień, ale nie mieliśmy dnia mglistego i pochmurnego. Nic z nieba w tym czasie nie padało. Słońce, słońce, słońce.

Tradycyjnie ostatni zjazd zrobiliśmy całym obozem. Długi wężyk zakończyliśmy kołem i pożegnaliśmy przyjazne stoki Gerlitzen. Obiecując sobie, że tu jeszcze wrócimy.

Piątkowy wieczór to zakończenie obozu, rozdanie dyplomów i medali no i pakowanie. Dyplom otrzymał też najmłodszy narciarz obozu Kuba (3,7), który na tej właśnie górze nauczył się nie łatwej sztuki pokonywania na nartach stoków pokrytych śniegiem.

W sobotę po śniadaniu wyjazd. Teraz odwrotna kolejność. Najpierw spakowanie nart i bagaży do mikrobusu (trzy kursy). Potem gondolkami w dół (trzeba załadować je i następnie z nich wszystko wyładować). Potem transport do autobusu i jego pakowanie. Ruszyliśmy do domu po dwóch godzinach od momentu załadunku pierwszych nart. Gondolkami pokonaliśmy prawie 1000 m przewyższenia (mieszkaliśmy prawie na wysokości 1500 m n.p.m.).

Podróż była ciekawsza niż w odwrotną stronę bo przez góry jechaliśmy za dnia co chwilę wjeżdżając w dłuższe lub krótsze tunele. Na około piękne widoki gór, ale tylko te wyższe miały na swoich szczytach śnieg. Niżej zielono. Nawet w Alpach ta zima jest jakaś kiepska. W Zabrzu byliśmy wieczorem, gdzie stęsknieni rodzice już czekali na swoje pociechy.

Pierwszy wyjazd po obozie był na Kiczery. Temperatura rano była dodatnia, ale w ciągu dnia systematycznie opadała. Niestety pogoda w tym dniu nie była nadzwyczajna. Zgodnie z zapowiedziami ICM od 1130 zaczął padać lekki deszczyk, a więc był to dobry moment na przerwę. Ale po zjedzeniu i wypiciu tego co mieliśmy i kupiliśmy deszcz dalej niestety padał - czyli przedłużamy przerwę. Było kilku śmiałków, którzy wjechali i zjechali jeden raz, ale szybko z tej wątpliwej przyjemności zrezygnowali. Około 13 zaczął padać deszcz ze śniegiem więc ruszyliśmy na trasę.

Grupy (w zależności od zaawansowania) wjechały 12 lub 15 razy. Może i było by tych wjazdów więcej, ale dzieciom zabrakło pieniążków. Ludzi mało, więc nie było żadnej kolejki - wręcz podjeżdżało się pod sam kasownik.

Od kilku lat zauważamy na pierwszym wyjeździe po obozie narciarskim, dużą różnicę w umiejętnościach narciarskich dzieci. Mimo, że niektóre z nich opowiadają, że w czasie ferii jeździły na nartach. Widać jeżdżenie jeżdżeniu nie równe.

Kolejny wyjazd to Szczyrk. Od osób które były w piątek na zawodach wiedzieliśmy, że w górach jest piękna zima. Dojeżdżając do gór zza chmur zaczęły wyłaniać się ośnieżone świerki, a po minięciu centrum Szczyrku zrobiło się w około zimowo. Na parkingu byliśmy pierwszym autokarem (potem dojechały jeszcze dwa), samochodów osobowych było dość sporo, a więc i narciarzy na stokach spodziewaliśmy się wielu.

Pierwszy wyjazd, pierwszy zjazd i miłe zaskoczenie - warunki narciarskie (jak na tę zimę) dobre, a czasami bardzo dobre. Spadło kilkanaście centymetrów śniegu, a przy dobrze przygotowanych trasach (głównie dzięki armatkom) jeździło się bardzo dobrze. Nawet udało się znaleźć miejsce na przejażdżkę po świeżym (nieprzejeżdżonym) śniegu. Do południa często zza chmur wychodziło słońce, po południu chmurki je przykryły. Kolejki do wyciągu przy trasie 10 na około dziesięć minut, a na Solisku podjeżdżało się pod sam kasownik. Dlatego też bardziej wprawne grupy głównie jeździły Golgotą. Rano na dole była trochę oblodzona, ale po południu jak się ociepliło było już o wiele lepiej.

Przerwę spędzaliśmy jak zawsze w tym rejonie w 'zagrodzie' "Pod rudym kotem", a po niej ruszyliśmy znowu na trasy. Niestety nie wszyscy się już wiele najeździli bo brakło im pieniążków. Na wyjazdy narciarskie trzeba przewidzieć od 50 - 70 zł na wyciągi. Głównie zależy to od ilości narciarzy, ale też rejonu w jaki się wybieramy. Szczyrk jest dość drogi.

Zima znowu w kratkę. Ponieważ ICM, zapowiadał odczuwalną temperaturę -18 st. wybraliśmy Wisłę i stok Kiczery z bardzo dobrą bazą na robienie przerw.

Było dość dużo narciarzy i trochę trzeba było postać do wyciągu (gorzej było w tym sezonie na wyjeździe 5 w Nowej Osadzie). Niebo było przykryte pędzącymi drobnymi chmurami zza których wyzierało słoneczko. Temperatura na dworze wahała się między -9, a -6, ale przenikliwy wiatr dawał nam się we znaki. Dzieci dość szybko marzły więc były dwie przerwy. A właśnie na tym stoku miejsce do ich spędzania jest na poziomie europejskim.

Kolejny wyjazd to wyjazd dwudniowy tym razem w okolice Pienin. Który można krótko określić - wspaniały. Bo jak inaczej mówić o dwóch dniach spędzonych na śniegu przy wyśmienitej pogodzie. Widoki były przepiękne. Panorama z góry Wdżar na Tatry i PieninyA jaki widok oglądaliśmy wystarczy kliknąć na zdjęcie, by zobaczyć panoramę z widokiem na Trzy Korony, Tatry i Babią Górę. W dole zalew Czorsztyński i ruiny zamków w Czorsztynie i Niedzicy. Coś wspaniałego.

Pierwszego dnia na krzesełka siedliśmy tuż przed południem i jeździliśmy do 17. Warunki narciarskie jak na tę zimę świetne. Śniegu pod dostatkiem, tylko już takiego wiosennego. Około 15 zrobiło się pusto pod wyciągami i jeździliśmy jak to się mówi na okrągło. Niestety około 16 wyłączyli krzesełka (strasznie wiało) i już do talerzyka trzeba było odstać całe 10 minut. Do pensjonatu zajechaliśmy tuż przed kolacją. Po rozlokowaniu w pokojach, kolacji, zabawy na małej salce gimnastycznej przy bilardzie lub piłkarzykach.

Następnego dnia na nartach byliśmy już o 930. Dzień był bezwietrzny i bardzo ciepły, wręcz upalny. To jak w kwietniu, a nie pod koniec lutego. Jeździliśmy już w gorszych warunkach śniegowych niż w sobotę, ale słoneczko to wszystko wynagradzało. W drogę powrotną ruszyliśmy o 1430.

Tegoroczne zawody o Puchar Zabrza odbyły się w deszczu i słocie, ale......na śniegu (duże brawa dla DSD). Jak co roku zgłosiło się na zawody i zostało zapisanych ponad 40 Szkółkowiczów, ale w tym dniu stawiło się raptem 19. Chyba pogoda ich zraziła i perspektywa ścigania się na igelicie. Po uroczystym otwarciu zawodów przez Panią naczelną redaktor z Nowin udaliśmy się na start zawodów. Z lekkim poślizgiem czasowym, w strugach deszczu i przy dość silnym wietrze rozpoczęły zmagania najmłodsze dziewczynki.

Potem kolejno chłopcy i starsze dziewczęta. I wszystko na starcie odbywało by się szybko i sprawnie gdyby....zawodnicy mieli numery startowe w kolejności swoich startów, a tak trudno się było zorientować, kto kiedy startuje. Jako ostatnia grupa na start wyruszyli zawodnicy walczący o Puchar Prezydenta w klasyfikacji ogólnej.

Kilkoro dzieci ze Szkółki zajęło pierwsze miejsca w swoich grupach, a klasyfikację generalną wśród kobiet i Puchar Prezydenta Zabrza zdobyła Magda Głowacka (w kuluarach się mówi że właśnie dlatego wysłał swoją siostrę Hanię na obóz Instruktorski). Puchary, medale i nagrody wręczała Pani Prezydent Miasta Zabrza.

Ósmy marca to dzień szczególny dla naszych pań, również był miły dla wszystkich tych narciarzy, którzy wybrali się w góry. Warunki śniegowe jeszcze w dalszym ciągu dobre lub (jak na Golgocie) bardzo dobre. A i pogoda była wyśmienita - często zza lekkich chmurek wychodziło słońce. Zaparkowaliśmy na Solisku, kupiliśmy karnety i ruszyliśmy w górę. Młodzież była dziś tak chętna do jazdy i tak szybka, że gdy większość grup ustawiła się do kilkuminutowej kolejki do pierwszego wjazdu, oni już po raz pierwszy zjechali. Rano Golgota była wyśmienita - w miarę twarda i nie zmuldzona. Większość grup tylko z tej trasy korzystała, młodsze grupy korzystały jeszcze z czynnej (ale z niewielkimi przetarciami) trasy nr. 8.

Przerwę większość grup zrobiła w chałupce "Pod rudym kotem" głaszcząc go tak długo i tak mocno aż uciekł. Tu dzieci zostały poczęstowane przez właścicielkę baru lizaczkami (miły gest), zjadły, wypiły, odpoczęły i ruszyliśmy w dalszą przygodę narciarską. Miło było patrzeć jak dzieci które w tym sezonie stawiały pierwsze kroki na nartach dziś kilka razy pokonały słynną Golgotę. Wprawdzie dziś to nie ta trasa od której wzięła się jej nazwa (kiedyś były tu muldy prawie półmetrowe), ale dalej jest to trasa stroma i wymagająca.

Ostatni wyjazd w Polskie góry w tym sezonie był na Pilsko. Jeździliśmy po świeżym śniegu, nawet w puchu. Tak dobrych warunków śniegowych tej zimy nie mieliśmy w naszych Beskidach. Trasy świetnie przygotowane, a od szczytu do Hali Miziowej jazda po naturalnym śniegu, a nie przygotowanym przez człowieka. Coś wspaniałego. Rano szczyt był spowity lekką mgłą, ale po południu przejaśniło się, a potem wyszło słońce. Trasy pokonaliśmy prawie dziesięciokrotnie z jedną przerwą na posiłek. Trochę żal nam było opuszczać tak wspaniałe góry, szczególnie że wyszło słońce i jazda była tak przyjemna. Ale przecież dzieci czekała jeszcze jedna frajda - McDonald's.

Kolejny raz zapełnionym luksusowym autokarem ruszyliśmy w Alpy. Na miejsce dotarliśmy przed 20 i od razu zasiedliśmy do kolacji. Potem rozlokowanie w pokojach i przygotowania do wyjazdu na narty.Tym razem nie byliśmy jedyną grupą w Hotelu. Kilka godzin przed nami przyjechała inna grupa z centrum Polski, którą prowadzi nasz kolega Mirek. Niesamowite spotkanie, jak wyliczyliśmy ostatni raz widzieliśmy się prawie 20 lat temu.

Rano spojrzenie na TV z obrazem lodowca - zimno (-11 stopni) bezwietrznie i niewielkie zachmurzenie. Wyjazd na narty przed dziewiątą by mieć trochę więcej czasu na zakup karnetów. Dolna stacja gondolek zaskoczyła nas nową architekturą i świetnym rozwiązaniem. Więcej kas schowanych pod dachem, dojście na perony kolejek po pochylniach. A rok temu zaczynali prace modernizacyjne.

W pierwszym dniu na nartach jeździliśmy w słonecznej pogodzie na dość dobrze przygotowanych trasach. Po poprzednich obfitych opadach śniegu, przy utrzymującej się dość niskiej temperaturze(-10 do -12) ratraki nie były w stanie idealnie przygotować stoków. Po przejechaniu wielu kilometrów wszyscy punktualnie zameldowali się w autobusie, by jak najszybciej wrócić do Fulmpes na kolację. Po niej niezmordowane dzieciaki wyczyniały jeszcze swawole na placu zabaw. A dorośli spotykali się w grupach i grupkach rozprawiając o minionym dniu.

Na drugi dzień za oknami zobaczyliśmy błękit nieba. To coś wspaniałego, (szczególnie dla osób, które po raz pierwszy były na lodowcu) zapowiadały się piękne widoki, śnieg i wspaniała zabawa na nim. Jeździliśmy w kilku grupach. Młodzież i dobrze jeżdżące dzieci ze świeżo upieczoną instruktorką Hanią, Jaś i Andrzej z grupami dorosłych, którzy chcieli się trochę podszkolić, a Mysza z Ciotkami (Elą i Anetką) do południa z najmniejszymi dziećmi. To były pierwsze, wspaniałe dni na lodowcu. Niestety wiedzieliśmy z prognoz iż czeka nas załamanie pogody. I tak się stało.

Wtorek przywitał nas pochmurny, a droga dojazdowa na lodowiec była w zimowej szacie. Prawie cały dzień padał śnieg. Przez dobę napadało go prawie pół metra. Jazda była utrudniona ze względu na złą widoczność, ale pod nartami - puszek!! Czyli śnieg uwielbiany przez narciarzy. Na stromych trasach tworzyły się zwały tego śniegu, ale bez problemów można było je pokonać (bo to jest właśnie puch).

Kolejne dni były podobne. A to chmury, a to znowu słońce. Te chmury uparcie trzymały się szczytów, a więc by jeździć w przyzwoitych warunkach korzystaliśmy z tras położonych niżej. Młodzież jak i dorośli bawili się świetnie. Tradycyjnie około 13 robiliśmy przerwę, aby odpocząć, posilić się i porozmawiać.

Ponieważ w tym roku śniegu było sporo (pamiętamy zeszłoroczne skały - teraz przysypane grubo śniegiem) więc trasa Wilde Grub'n była dobrze przygotowana i niektórzy pokonali ją trzykrotnie, a może i więcej.

Wieczorami spotykaliśmy się w grupach i podgrupach, by opowiadać o przeżyciach minionego dnia, dowcipkować i śmiać się - pełny luz. Młodzież natomiast kilka razy była na ścianie wspinaczkowej w pobliskiej szkole. W tym roku nasza grupa była międzynarodowa. Jeden Francuz i dwóch Ukraińców. Myślimy, że bawili się dobrze, a i na nartach pojeździli ile mieli sił i samozaparcia.Ostatni dzień na nartach nie pozwolił nam jeździć wszystkimi trasami. Silny wiatr i chmury spowijające szczyt spowodowały wyłączenie kilku kolejek.

Po kolacji spakowaliśmy się szybko i tuż przed 20 ruszyliśmy w drogę powrotną, by w Zabrzu zameldować się po 12 godzinach podróży.

I tym sposobem zakończyliśmy piętnasty sezon działania Szkółki. Do zobaczenia w przyszłym sezonie.