W trzecim sezonie działalności Szkółki liczba zgłoszonych dzieci była podobna do zeszłego sezonu. Część dzieci (starszych) przeszła do nowopowstałej Szkółki SLALOM. W przewadze byli chłopcy stanowiąc 56% ogółu dzieci w Szkółce. Jak łatwo obliczyć 44% to dziewczęta. Zmienił się stosunek wiekowy. Tym razem w przewadze starsi (?).
W tym sezonie przybył nowoupieczony Instriktor PZN – Łukasz, a zrezygnował ze współpracy Jacek, który wspólnie z kolegą (Tomkiem) założył drugą Szkółkę w Zabrzu.
Chętnych do Szkółki na ten sezon było sporo. Wiedzieliśmy, że mamy „stałe dzieciaki” i jak zwykle znajomi Jasia i Maćka dopytywali się o miejsce w Szkółce dla swoich pociech. Przyjęliśmy zasadę, że dzieci małe to od II-giej klasy i w związku z tym brat Marcina, Adam Gabryś musiał poczekać jeszcze rok. Ćwiczenia na sali od czasu do czasu prowadził Łukasz, nabierając doświadczenia do przyszłego zawodu.
Autokar na cały sezon zamówiliśmy w Transturze i na pierwszą wycieczkę wyjechaliśmy pełni optymizmu planując wyjazd na Szyndzielnię nową, przebudowaną kolejką gondolową, a następnie poprzez Klimczok i Błatnią do Jaworza. Dość ciekawa, niezbyt forsowna lecz wymagająca dość dużo czasu wycieczka nie mogła się odbyć poprzez pech. Ledwo po przekroczeniu granicy miasta złapaliśmy gumę w tylnym kole. Guma jak to guma, wymienia się koło na nowe i jedzie się dalej. Ale do tego trzeba kierowcę – chłopa i narzędzi. Jednego i drugiego brakowało. Na szczęście mamy lekarza, jak się okazuje nie tylko leczącego ludzi ale i auta. Już dojeżdżając do Bielska wiedzieliśmy, że plan wycieczki nie może być zrealizowany ze względu na znaczne opóźnienie Zrobiliśmy trasę Szyndzielnia – Klimczok – Szczyrk Biła. Też bardzo przyjemna i znowu przy ładnej pogodzie.
Zima zaczęła się wcześnie i następna wycieczka kondycyjna odbyła się w iście zimowej scenerii. Maszerowaliśmy brodząc po kolana w świeżo spadłym mokrym śniegu. Ponieważ nie wszystkie dzieci miały odpowiednie obuwie na taką aurę wjechaliśmy na Solisko w Szczyrku i trasami narciarskimi GON’u przeszliśmy do Cyrnej. No tak. Gdy mieliśmy zaplanowane wyjazdy kondycyjne to w listopadzie było już biało w górach, jak jeszcze nie było zaplanowanych wyjazdów na narty to ruszyły wyciągi, a jak ruszyliśmy na pierwszy wyjazd narciarski to śniegu było jak na lekarstwo.
W tym sezonie narciarskim rozpoczęły z nami współpracę dwie dziewczyny – Natalia i Patrycja (obie ze stopniem Pomocnik Instruktora PZN) nasze wychowanki. Im bliżej wyjazdu na zimowisko tym coraz bardziej obawialiśmy się o śnieg. Chcieliśmy zmienić lokalizację obozu ze względu na „słabą górkę”, a musieliśmy ją zmienić z powodu rezygnacji Delta Travel z 'Banika’ (hotel nie remontowany, nie doinwestowany popadał w ruinę). Zawsze zostanie nam w pamięci przepiękna okolica, Dziadek i Babcia oraz szef, pracujący jako kucharz z przerzuconym przez ramię prześcieradłem, nakładający dużą góralską dłonią makaron. Pan Jacek zoferował nam miejscowość Habovka koło Zuberca w Słowackich Tatrach Zachodnich. Krajobrazowo nie była to Vyšná Boca, ale narciarsko było to już lepiej.
Obok pensjonatu ENN (który prowadzi Pani Kulasznikowa) jest niezła górka z dużą 'Pomą’ i małym talerzykiem. Jest też coś gdy zima okaże się mało śnieżna, sztucznie naśnieżane stoki w ładnie położonym Lyżiarskim Striedisku SPALENA w Tatrach oddalone od pensjonatu o około 20-30 minut jazdy autokarem. Wyjechaliśmy na zimowisko w minerowych nastrojach – w Zabrzu czarno, a wieści z gór były nie pocieszające. Habovka przywitała nas biało, ale to co spadło nie nadawało się nawet na sanki. Tylko z daleka widoczne ośnieżone Tatry napawały nas optymizmem. Po pierwszym trudnym dniu spędzonym na pieszych wycieczkach i rekonesansie pobliskich tras zjazdowych już każdy następny był podobny. Rano z baliczkami w kieszeni siadaliśmy do autokaru i gnaliśmy na narty na ROCHACZE do Spalonego Żlebu.
Po przyjeździe wszyscy zarzucali narty na plecy i po śliskiej, oblodzonej ścieżce rozpoczynali 15 minutowy marsz do wyciągu. Tutaj dziećmi podzielonymi już w autokarze na grupki zajmowała się kadra instruktorska ładnie prezentująca się w nowych, jednakowych kurtkach. Słabiej jeżdżący narciarze okupowali dolny talerzyk, który okazał się dla nich jedynym wyciągiem dostępnym przez dwa tygodnie. Musieli tu stać w długiej kolejce, aby wyjechać na niezbyt eksponowany stok. Ponieważ górne trasy były dość trudne, a trudniejszy jeszcze był do nich dojazd. Mało który instruktor prowadzący słabszą grupę decydował się na „posadzenie żółtka” na długą Pomę, która wywoziła na prawie 1500 m.n.p.m. po nierównej (a w dolnym odcinku bardzo stromej i oblodzonej) trasie wyciągu.
Mimo to młodzi adepci narciarstwa nie narzekali. Dla niektórych „bąbli” był to nie lada wyczyn i po wjechaniu raz na górę nie chcieli już jej opuścić nawet na przerwę z herbatką i możliwością zagrzania się w bufecie przy dolnej stacji wyciągu tylko pomykali w dół do krótszej Pomy która była usytuowana w górnym odcinku i zezwalała im na zjazdy po niezbyt stromo nachylonym stoku. Posiadał on wszakże jedno trudne miejsce – ściankę z lodem, którą dzieci pokonywały na pupach. Ponieważ górny odcinek nie był sztucznie dośnieżany to po paru dniach zaczęły pokazywać się łysiny. Ale piękne widoki rekompensowały trudności narciarskie. Pogoda dopisywała – błękit nieba, a my czekaliśmy z utęsknieniem na śnieg. Starsza grupa chłopców pod wodzą Jasia i przy wydatnej pomocy Łukasza pewnego pięknego poranka zdecydowała się na wycieczkę wysokogórską. Drapali się dzielnie, a pot im zalewał oczy mimo, że na wysokości prawie 2000 m.n.p.m. było około -20 stopni C. Tu też przed zjazdem zrobili sobie zdjęcie. Zdjęcie zwycięzców – zdobyli nowe doświadczenia i przeżyli niezapomniane wrażenia. O których opowiadali w barze przy ciepłej herbatce swoim koleżankom. Braki śniegowe uniemożliwiły przeprowadzenie tradycyjnych zawodów narciarskich o Puchar Zimowiska, ale zjazdom nie było końca mimo że stromy stok w końcowej fazie i sztuczny śnieg stwarzały duże trudności techniczne nawet dla wytrawnych narciarzy. Aby urozmaicić dzieciom pobyt w górach zorganizowaliśmy wycieczkę zarówno do upragnionego miasta, jak i zwiedziliśmy pięknie położony zamek.
Wyjazdy narciarskie po zimowisku były w zmiennych warunkach śniegowych. Staraliśmy się niewiele jeździć do Szczyrku na mocno zagęszczone trasy GON’u (ale też dobrze przygotowane). Byliśmy na Poniwcu gdzie dzięki sztucznemu śniegowi warunki narciarskie były niezłe. Natomiast na Soszowie zastaliśmy mikroskopijne ilości narciarzy. Najtrudniejsze były wyprawy na Klimczok, gdzie trasa z Szyndzielni z nartami na plecach dla niektórych dzieci była istną Golgotą. W tym sezonie narciarskim reaktywowany został po kilkuletniej przerwie Puchar Zabrza. Wzięliśmy w nim udział i odnieśli nie lada sukces. Podium aż roiło się od „żółtków”. Wychodzący w czwartki numer Nowin Zabrzańskich (organizatora zawodów) był pełen zdjęć, gdzie przeważał kolor żółty. Zawody odbyły się na stokach Kaimówki, na twardej trasie. Dzieci „Giganta” przyzwyczajone do takich warunków (całe dwa tygodnie na Słowacji był beton i lód) dały sobie świetnie radę i uplasowały się w czołówce swoich grup wiekowych. Analizując wyniki zawodów widać, że w grupach wiekowych dziecięcych prym wiodły „nasze dzieci”. A i inne miejsca były też zajmowane przez dzieci które są naszymi wychowankami i w Szkółce nabierały umiejętności w pokonywaniu bramek dziś jeżdżąc w nowo powstałej w tym sezonie Szkółce „Slalom” (Pindycki, Rakszawski). Też wiele ze startującej młodzieży to nasi wychowankowie.
Nieubłaganie zbliżał się koniec III-go sezonu działalności Szkółki. I z perspektywy tych 18 – tu miesięcy pracy możemy z satysfakcją powiedzieć, że pomysł założenia Szkółki w Zabrzu był strzałem w dziesiątkę. Skupiliśmy wokół siebie krąg ludzi chętnych do pracy z dziećmi, a dzieci zaprzyjaźniły się z nami – jesteśmy dla nich Ciocią i Wujkiem. Pożegnanie sezonu z łezką w oku i szampanem w ręku urządziliśmy w klubie „U Stasia” wspólnie z zaprzyjaźnionymi rodzicami dzieci. Były kwiaty i podziękowania. Odbyło się ostatnie „zebranie” na którym dzieci z przejęciem słuchały Cioci Eli, która ostatni raz w tym sezonie „nacierała uszy” dzieciom.
Wiosną wybraliśmy się wspólnie z Jadwinią Sokalską (Szkółka Gliwicka) na poszukiwanie nowego miejsca na zimowisko. Jadwinia była wiosną na obozie w Pecu pod Śnieżką i tam też pojechaliśmy zobaczyć tereny narciarskie. Okolica przepiękna. Na dużych połoninach kilka hoteli, a między nimi sieć wyciągów. Oglądaliśmy duży na (160 osób) hotel w którym mieliśmy wspólnie ze Szkółką Gliwicką spędzić następne (a może i kolejne) zimowisko. Jest to wymarzony teren do zorganizowania obozu narciarskiego dla dzieci „Giganta”. Wracaliśmy pełni zachwytu dla poznanych nowych terenów narciarskich i przekonani lub prawie przekonani o pomyślnym załatwieniu sprawy.
