Dziewiąty sezon Szkółka 'krzepła’ w odmłodzonym składzie. Postanowiliśmy od tego sezonu jeździć jednym piętrowym autobusem. Ma to swoje plusy i minusy. Niewątpliwy plus to zmniejszenie kosztów, a minus to ograniczona liczba miejsc, bo jeżdżąc dwoma autobusami mieliśmy ich więcej i łatwiej nam było zabierać ze sobą chętnych na narty rodziców.
Rośnie nam nowa kadra instruktorska – Maciek Głowacki i Jan Łobodziec -’Brzusio’ uzyskali stopień P1 i planują w następnym sezonie dalsze szkolenie, aby uzyskać stopień Pomocnika Instruktora.
Wycieczka piesza, jedyna w tym sezonie rozpoczęła się w Bielsku gdzie kolejką gondolową wjechaliśmy na Szyndzielnię, dalej szlakiem czerwonym na szczyt gdzie schronisko, a potem na Klimczok by szlakiem czerwonym poprzez Magurkę zejście do Bielska. Wyśmienita jesienna pogoda, niezbyt trudna trasa, i piętrus to dla wielu dzieci duże przeżycie. Kwitowały to słowami „jeszcze nigdy w życiu nie jechałem takim autobusem”. Rano było chłodno, a świeże górskie powietrze zmusiło dzieci do ubrania czegoś cieplejszego. Na szczycie Klimczoka zameldowaliśmy się w samo południe i po kilkunastominutowym odpoczynku ruszyliśmy dalej, aby po niedługim czasie zameldować się pod schroniskiem 'Na Klimczoku’. Stąd czekała nas droga czerwonym szlakiem poprzez Magurę do Bystrej. Do Zabrza przyjechaliśmy z prawie 40 minutowym opóźnieniem – powód – McDonald.
Pierwszy wyjazd narciarski to tradycyjnie Stożek i jak co roku w Ośrodku Narciarskim Pana Witolda Pruskiego zostaje na tydzień grupka dzieci – nowicjuszy w Szkółce. Góry przywitały nas wspaniałą zimą. Czapy śniegu na drzewach, skrzypiący śnieg pod nogami i słoneczko, wspaniały widok na Tatry i Babią Górę to cały urok niedzielnego wyjazdu. A do tego doszła świetnie przygotowana góra z dużą pokrywą śniegu na całej swojej przestrzeni. Już dawno o tej porze roku nie jeździliśmy w tak wspaniałych warunkach. Dzieci podzielone na 8 grup wielokrotnie pokonały górę (rekordziści 12 razy). Oddzielnie ćwiczyło 15 nowych adeptów Szkółki pod okiem doświadczonych instruktorów. Taki dzień będziemy długo wspominać. Niestety nie wszystko udało się do końca. Narciarsko było wspaniale, lecz autobus zakopał się na parkingu tak mocno w śniegu, że dopiero pług, który odśnieżył z kopnego śniegu nam drogę wyjazdu i wyciągnął nas liną z niewielkiej dziurki w śniegu mogliśmy wrócić do Zabrza z 2 godz. opóźnieniem.
Ponownie zawitaliśmy na Stożku, aby wielokrotnie pokonać jedną z trudniejszych tras narciarskich w Beskidzie Śląskim. Jak wdrapaliśmy się na polankę pod wyciągiem przywitała nas grupka młodych narciarzy (tych z tygodniowego obozu). Miło było patrzeć jak bez większego trudu wczepiali się w talerzyk by już za chwilę pokonywać z łatwością dolną część trasy. Więcej emocji, a i może strachu dostarczał wjazd orczykiem na szczyt i pokonanie tej góry trasą zjazdową (czerwoną lub czarną). Ale młodzi narciarze po kilku dniach byli tak zahartowani, iż ta góra nie nastręczała im większych kłopotów. Za to zjazd nartostradą to istna frajda. Nie tylko nauczyli się zjeżdżać, ale też doświadczyli co to jest mróz który bywało że dochodził do -20oC.
Zima jest taka jaka powinna być o tej porze roku. No może u nas na Śląsku trochę za dużo tego śniegu, ale w górach jest go akuratnie. Dlatego następny wyjazd na narty planowaliśmy zrobić na Czantorię, górę, którą zawsze omijaliśmy ze względu na braki śniegowe, ale i tym razem Czantoria nie została 'zdobyta’ – zimno. Byliśmy na Cienkowie. Dzień był przyjemny i nawet nie tak mroźny (rano było -180C, a w południe ok. -100C), ale na krzesełka i 17 minut siedzenia w bezruchu to trochę zimno. Trasy dość dobrze przygotowane, choć przy tej ilości śniegu nie powinno być wytartych i zlodowaciałych łysin, a takie na stromej trasie się znajdowały. „Wujek ja tam nie jadę, tam jest mur z cegły i nie chcę zniszczyć sobie nart” mówiły dzieci po pierwszym przejechaniu po tej 'łysinie’, i trzeba je było jeszcze raz zaprowadzić w to miejsce, pokazać (bo tłumaczenia nie pomagały), że w górach na trasach narciarskich nikt nie stawia takich przeszkód – murów z cegły!! Niestety chłopcy nie mogli ustawić przywiezionych tyczek bo właściciel stoku nie zezwolił. Dlatego też następne dwa wyjazd wykonaliśmy na stoki Wisły Nowej Osady. Tam chłopcy ustawili slalomy. Chociaż w tym tygodniu przewidywane było lekkie ocieplenie, co mogło pogorszyć trochę warunki narciarskie, lecz w górach jest śniegu pod dostatkiem jak już dawno (może i 10 lat) o trej porze roku nie bywało. Były dwa slalomy. Jeden ustawiony z tyczek krótkich tzw. kolanówek, a drugi z długich tyczek przegubowych. Była też niespodzianka. Piotrek wziął kamerę i dzieci były filmowane na slalomie jak i poza nim, a potem w powrotnej drodze oglądali swoje wyczyny w autobusowym telewizorze. Śmiechu i radości nie było końca (O!O! Popatrz i ten też zaliczył glebę !!), a kadra instruktorska ostro dyskutowała nad każdym skrętem – temu trzeba 'poprawić biodro’, ten narciarz to spóźnia skręt, a tamten 'rotuje’. Pogoda była ładna, lekki mrozik i od czasu do czasu prześwitujące słoneczko, a stok świetnie przygotowany. Wyjeżdżając drugi raz obawialiśmy się dużego najazdu narciarzy (niektóre województwa rozpoczęły już ferie), ale było podobnie jak tydzień temu, a około godziny 14 wyraźnie się ilość narciarzy zmniejszyła. Prawdopodobnie za sprawą Małysza który walczył o zwycięstwo w Zakopanem. Dzieci pokonały stok co najmniej dziesięciokrotnie, ponownie trenując na tyczkach i udoskonalając jazdę na nartach w różnych ćwiczeniach. Oczywiście skoki też musiały być (Małyszomania). Tak jak w zeszłym tygodniu w drodze powrotnej oglądaliśmy nakręcony film (głównie z przejazdów slalomem) i dokonywaliśmy ocen umiejętności narciarskich. Ogólnie można powiedzieć, że jest coraz lepiej i może w tym roku miejsca w Pucharze Zabrza będą wyższe.
Chcieliśmy jechać na Stożek, aby umożliwić start w zawodach o Puchar Lwa zarówno dzieciom jak i instruktorom, którzy w piątek przejechali gigant. Nie zrealizowaliśmy naszych planów. Z prostej przyczyny – parking w Łabajowie dalej jest nie odśnieżony !!! Na wczorajszych (piątkowych) zawodach na Stożku niezbyt dobrze wypadli nasi zawodnicy, ale było to głównie podyktowane bardzo trudnymi warunkami na trasie, długim slalomem z wieloma bandami i nierównościami. Dlatego pojechało ich niewielu osobowym samochodem. Bardzo dobrze wypadł Maciek w pierwszym przejeździe slalomu (wygrał), niestety w drugim stracił kilka sekund zahaczając o tyczkę. A my całą 'Szkółką’ byliśmy na Cieńkowie. Dzieci się ujeździły bo prawie nie było kolejek. warunki narciarskie wiosenne (a to styczeń), ale śniegu dużo i nie było wielu łysin. Trochę we znaki dała nam się pogoda bo do południa gęsto padał mokry śnieg i trochę przemokliśmy. Ale od południa było całkiem miło, wprawdzie pochmurno, lecz już bez opadów.
W okresie ferii szkolnych odbyły się dwa obozy narciarskie. Jeden w Habovce (prawie dwa tygodnie), a drugi w Austrii (tydzień), zakwaterowanie w Mainschofen, a narty w słynnym ośrodku SAALBACH-HINTERGLEMM-LEOGANG z 62 wyciągami, ponad 200 km sztucznie naśnieżanymi trasami z dwoma trasami wyczynowymi, gdzie w 1992 roku odbyły się Mistrzostwa Świata.
Do Habovki wyjeżdżaliśmy w przepiękną, słoneczną pogodę z wielką obawą o śnieg na naszej górce – jak długo on tam się utrzyma. I utrzymał się do samego końca. Pierwszych kilka dni była przepiękna słoneczna pogoda. W nocy trzymał mróz (ok -20C do -50C), ale był za mały, aby mogli 'fukać’ sztucznym śniegiem. Pamiętając zeszły rok (wyciąg działał kilka dni) w pierwszych dniach jeździliśmy bardzo intensywnie – nocne jazdy lub przebywanie na stoku, aż do zamknięcia wyciągu. Trzeba wspomnieć o zdarzeniu jakie się przytrafiło młodemu narciarzowi, który pierwszy raz w życiu był na nocnych jazdach i nie wiedział, że wyciągając się wieczorem należy zakończyć jazdę we wskazanym (oznaczonym miejscu). Biedak nie wypiął się tam gdzie trzeba, obsługa i koledzy krzyczeli ile sił w gardłach -’wypnij się’- lecz On nie słyszał i powoli znikał w otchłaniach ciemności. Wyciąg zatrzymano. Za chwilkę pojawił się w światłach lampy zjeżdżający, lekko przerażony młody narciarz.
Tradycyjnie niedziela była dniem bez nart, aby dzieci odpoczęły po kilku dniach intensywnej jazdy. Cały dzień lało. W poniedziałek wydawało się iż wraca zima, było pochmurno i od czasu do czasu prószyło śniegiem. Ale cały wtorek przesiedzieliśmy w domu bo tak lało, że nawet nosa nie można było wychylić za drzwi. Ponieważ prognozy pogody nie były optymistyczne w środę wybraliśmy się do Dolnego Kubina oglądnąć Orawski Podzamok. Ostatni narciarski dzień znowu przywitał nas słońcem i lekkim przymrozkiem, a więc ze stokiem i Habovką mogliśmy się pożegnać tradycyjnym wężykiem i okrzykami wspieranymi stukaniem kijkami narciarskimi o siebie.
Warunki śniegowe na stoku były dobre (lub czasami bardzo dobre), lecz raczej kwietniowe niż lutowe. Słowacy bardzo dbali o śnieg i długo w nocy widzieliśmy światła ratraka pracującego na stoku. W pierwszych dniach można było jeździć poza trasą przygotowaną ratrakiem, ale z dnia na dzień było coraz więcej miejsc trudnych do pokonania (brak śniegu), ale pod lasem, gdzie nie dochodziło słońce, śnieg zalegał grubą warstwą aż do ostatnich dni. I tu było zawsze twardo, a niedoświadczone dzieci mówiły że to lód. Codziennie za małym wyciągiem (pod lasem), był ustawiany treningowy slalom, gdzie dzieci ćwiczyły wymuszone skręty. Przygotowywały się do cyklu zawodów o Puchar Zimowiska.
Zawody rozpoczęliśmy slalomem w czwartek, a zakończyliśmy w poniedziałek gigantem. Dzieci były podzielone na grupy wiekowe (młodsze i starsze, dziewczęta i chłopcy) i w poszczególnych grupach wyniki końcowe były następujące:
| M | Dziewczęta młodsze | Chłopcy młodsi | Dziewczęta starsze | Chłopcy starsi |
| 1 | Bugno Paulina | Misiołek Maciej | Tomasik Magdalena | Wnęk Mateusz |
| 2 | Kłapyta Klaudia | Wnęk Jakub | Piwowar Marta | Rajwa Paweł |
| 3 | Tomasik Aleksandra | Cieplik Grzegorz | Psiuk Kinga | Burek Mateusz |
W ostatni dzień narciarski wyciąg włączono dopiero jak 'spławiki’ (tak kiedyś na Cieńkowie nazwali nasze dzieci) znalazły się pod wyciągiem gotowe do zjazdów. Jaś (który po pobycie w Saalbach przyjechał do Habovki) 'pracował’ jako fotoreporter to przykładając do oka aparat fotograficzny by za chwilę wziąć kamerę i filmować zjeżdżających narciarzy. Ustawiliśmy dwa slalomy, jeden do carvingu (dzieci lubiły 'body carving’), drugi specjalny. Zabawa była aż do obiadu.
Jak obliczyły dzieci w czasie pobytu na zimowisku średnio wyciągiem przejechały drogę taką jak z Zabrza do Krakowa, a na nartach odległość Zabrze – Poznań, natomiast po glebie przejechały się na pupach jak z Zabrza do Gliwic.
Ostatni dzień pobytu w Habovce (dzień wyjazdu) przywitał nas lazurowym niebem, mrozem i strzelającymi śniegiem armatkami – niestety dziś wyjeżdżaliśmy nie na narty, a do domu.
Z relacji przekazywanych przez uczestników wyjazdu wiem, że są same 'ochy i achy’. Wszyscy chwalą sobie ten wyjazd i prosiłem, aby napisali kilka słów. Poniżej wypowiedź grupy młodzieżowej.
Wyjazd do Austrii był wyjątkowo udany. Od rana „szusowaliśmy” po Alpejskich stokach, opalając się w promieniach słonecznych. Warunki były sprzyjające, a życie towarzyskie ….. ? Dla każdego znalazło się towarzystwo. Nawiązało się też dużo nowych znajomości. Co wieczór odbywały się wyrównane pojedynki w 'Scrablle’a’ w hotelowej świetlicy przy …. dobrych smakołykach. Młodzieżowa grupa oceniła wyjazd jednym zdaniem: „Było super. Tak trzymać!”
A oto inna relacja:
Zdziwiony mizernością opisu młodzieżowego postanowiłem przekazać wrażenia z lutowego wyjazdu do Austrii widziane oczami osoby lekko starszej od „młodzieżowców”. Wyjazd o godzinie 4 nie przysporzył większych problemów. Większość znakomitej ekipy jest od dłuższego czasu już wyraźnie zdyscyplinowana (to zasługa naszej Ciotki Eli) i taki wyjazd nie robi już na nikim większego wrażenia. Oczywiście jak zwykle miło powitaliśmy w naszym gronie nowe twarze. Wyjazd z ramienia szkółki jednoosobowo prowadził Janek i spisał się znakomicie.
Podróż w stronę Maishofen upłynęła nadzwyczaj szybko. W miłej atmosferze, przy Shreku i bez obrzędów tabernakulum sprawnie przemieszczaliśmy się w stronę alpejskich szlaków znanym nam z zeszłego roku autobusem. Na granicy czesko – austryjackiej jak zwykle zakupiono pewną liczbę „pamiątek”, ale w ilościach o wiele mniejszych niż nakazuje kwietniowy obyczaj, co mnie osobiście napawało lekkim strachem jak poradzi sobie grupa z tym problemem. Dzięki sprzyjającym okolicznościom wszyscy osiągnęli metę w postaci parkingu przed zajazdem pani Hasenauer.
I tu pierwsze zdziwienie!! jak się okazało nie będziemy mieszkać w doskonale znanych gościnnych pokojach na piętrach, ale w oddalonej o jakieś 300 metrów osobnej willi. I tu pierwsze przyjemne zdziwienie – pokoje dużo lepsze niż w samym zajeździe, a poza tym każdy wyposażony w WC i prysznic. Po sprawnym rozdzieleniu pokoi (zasługa Janka i Łukasza) idziemy na kolację do „głównego” budynku, gdzie będziemy się stołować przez cały tydzień. I tutaj już bez zmian – repertuar menu dokładnie taki sam jak zawsze, także osoby będące tu już kiedyś, potrafiły bezbłędnie zgadywać co będzie na obiado-kolację.
Staraliśmy się szukać najlepszych stoków, ale na skutek przeróżnych zbiegów okoliczności większa część osób jeździła na stokach Zwolfera . Niebieska i czerwona trasa znajdowała wielu zwolenników. Jak się okazało najlepsze tereny jeździeckie występowały na stokach po drugiej stronie doliny, ale o tym dowiedzieliśmy się dopiero w następnych dniach. Przy zakupie skipasów też niespodzianka! W rejonie Saalbach-Hinterglemm funkcjonuje karta bezdotykowa. Wystarczy nosić tę chytrą bestyjkę gdziekolwiek przy sobie a bramka wpuści nas na każdy wyciąg.
Zmęczeni ale i uradowani możliwością jazdy na alpejskich trasach, po kolacji udaliśmy się na zwiedzanie naszej willi i okazało się iż dysponuje ona piwnicą do celów kulturalno – oświatowych. Grupa dorosłych i kadry zaczęła codzienną wieczorną okupację tej części domu. Do tradycji weszła gra w Scrabble, na dwóch planszach przy maksymalnych ilościach graczy. W tej kategorii zaistniało na firmamencie szkółki parę gwiazd: najwięcej zwycięstw odnotowywał na swoim koncie Jasiu, za najbardziej trudnego zawodnika do gry uznaliśmy Marka (ksywa Parapet), najbardziej upierdliwym i długo myślącym zawodnikiem został Łukasz, najbardziej kłócącą się osobą Mirek. Przy udziale pamiątek i ogłoszonym przeze mnie w środę „dniu Termosa” czas wieczornych rozrywek upływał nad wyraz szybko. Występowały też gry kości i szachy, ale nie wpływały one jakoś specjalnie na gorącą od Scrabble atmosferze w piwniczce. Największym zainteresowaniem młodzieży cieszyła się gra w kulki czyli kręgle u pani Hasenauer, jak również grzeczne przebywanie w swoich pokojach.
zorganizowana wycieczka do Zell am See i zwiedziliśmy to prześliczne miasteczko, jak również spora część osób poczyniła długo oczekiwane zakupy.
Co do atrakcji narciarskich – grupa chłopców ze swoim hersztem Piotrkiem upajała się jazdą na tyczkach. Dzięki gościnności austryjackiej pozwolono im rozstawić swoje kijki na trasie i trenować do woli. Oczywiście każdy może robić to co lubi J. Reszta grup jak również narciarze niestowarzyszeni szusowali po wszystkich trasach. Duża ilość wyciągów oraz specyficzne położenie tras pozwalają na swobodne przemieszczanie się w każdym kierunku. Każdy znajdzie tutaj trasy dla siebie – od łagodnych stoków do carvingu, poprzez WM Strecke do czarnych tras przeznaczonych dla prawdziwych zapaleńców. W piątek zorganizowany został najdłuższy narciarki przejazd – dokładnie dookoła doliny. Wrażenia extra – należy to po prostu przeżyć. W sobotę dokonaliśmy alpejskiego przejazdu na nartach do miejscowości Leogang, mieszczącej się w równoległej dolinie. Dzień wyjazdu przyszedł nadspodziewanie szybko. Przez cały wyjazd obyło się na szczęście bez żadnych urazów i wypadków, jedynie Brzusio skasował parę reklam i budkę do pomiaru czasu co spowodowało jednodniowy ból w kolanie, celem przeniesienia się do grupy dziewcząt. W drodze powrotnej zostały rozdane pamiątkowe dyplomy.
Zabrze przywitało nas ulewnym deszczem ale nie zmył on uśmiechów i wyrazów zadowolenia z naszych twarzy. Wyjazd należy zaliczyć do bardzo udanych. Pogoda jak na tę porę roku była dla nas bardzo łaskawa. Warunki narciarskie jak na tę zimę również należy zaliczyć do dobrych. Słowem każdy narciarz powinien odwiedzić Saalbach-Hinterglemm. Różnorodność tras i wyciągów pozwala na znalezienie najodpowiedniejszej dla siebie trasy. Wielorakość stylów jazdy, nauczanej przez każdego instruktora, który jest święcie przekonany, że jego teoria jest najlepsza, pozwala jeździć zwykłym narciarzom w sposób sprawiający im największą przyjemność. Na uwagę zasługuje również fakt iż cały czas na swoim „parapecie” towarzyszył nam kolega Marek i nawet dziwna pozycja snowboardowa, w stosunku do narciarzy, nie zmieniła jego przekonań co do wyższości deski nad nartami.
Mam nadzieję iż w naszej grupie nie ma niezadowolonych osób z wyjazdu, a jedyne co można zarzucić na minus, to fakt, iż wyjazd ten z perspektywy czasu był taki krótki.
miodzio
Po feriach trzykrotnie bylismy w Szczyrku. Za pierwszym razem warunki na trasach WYŚMIENITE. W górach pełnia zimy. Na świetnie przygotowanych trasach można było szusować do woli (no może do zawartości portfela). Trochę przeszkadzał zimny, czasami porywisty wiatr. Większość wyciągów była czynna, a trasy te sztucznie naśnieżane wyratrakowane na medal, bez kamieni tylko momentami oblodzone. Za drugim razem do Szczyrku zawitaliśmy dość wcześnie, bo sucha i nie zatłoczona droga pozwoliła na szybkie pokonanie trasy. Jeździliśmy ponownie w ośrodku narciarskim GAT (teraz to chyba trzeba tak mówić, a nie GON czy 'górnicze’) warunki na trasach były podobne do tych w ubiegłym tygodniu, lecz na trasach było twardo i miejscami pojawiał się lód. Pogoda zmienna w ciągu dnia. Rano pochmurno, a od popołudnia wyżej w górach pojawiła się mgła i zaczął padać śnieg. Największą trudność instruktorom sprawiało prawidłowe wyliczenie ilości punktów (a tym samym złotówek), jaką by trzeba mieć, aby udać się w zaplanowany rejon i jeździć tym czy tamtym wyciągiem. Ponieważ od wczesnych godzi popołudniowych ludzi do wyciągu było niewiele to można było 'obracać’ na okrągło – tylko kasa na to nie pozwalała. W Szczyrku 50 zł na wyciągi dla grup które chcą dużo jeździć to minimum. Za trzecim razem dzień był słoneczny, a silny, momentami porywisty wiatr sprawiał, że nie czuło się ciepła. Śniegu na trasach którymi szusowaliśmy tydzień temu trochę mniej, ale jak na wiosnę w górach warunki narciarskie nie najgorsze. Niestety został zamknięty krótki wyciąg (z Soliska na polanę Suche) i zepsuło to możliwość przemieszczania się pomiędzy różnymi partiami gór. Mówiono, że wyciąg był nieczynny z powodu zastawienia trasy przez właściciela gruntów przez które prowadzi trasa wyciągu. Nie lada wyczynem popisali się mali narciarze (Paweł R. i Tomek D.) którym wysunął się orczyk, ale jadąc kawałek trasy na rękach potrafili go sobie włożyć z powrotem na właściwe miejsce i szczęśliwie dojechalć do celu.
Puchar Zabrza na Stożku odbył się w przepięknej zimowej scenerii. Aż dziw bierze, wszędzie wiosna, a tu cała góra ośnieżona i tylko niewielkie łysiny na górnej polanie przypominały że to już koniec sezonu. Zawody przebiegały jak zwykle sprawnie, a i trasa wielokrotnym uczestnikom tych zawodów była dobrze znana (od startu ostro w prawo, potem w lewo i jak na trzeciej bramce się utrzymasz jeszcze w dobrym torze i nie stracisz rytmu to . . . jeszcze kilka bramek i już jesteś na mecie). Około 14 już wiedzieliśmy, że czas 19:31 uzyskało dwóch zawodników – zadawaliśmy sobie pytanie – kto zdobędzie Puchar Zabrza? Długo czekaliśmy na ogłoszenie wyników, tak długo że pogoda nie wytrzymała i sprawdziły się prognozy synoptyków. W trakcie ogłaszania rezultatów lekko mokliśmy. Ale było na co czekać bo wiele dzieci z naszej Szkółki 'załapało się na pudło’. Znaleźli się na nim Magda Głowacka, Dominika Szlachta, Paulina Bugno, Hanna Głowacka, Agata Puzio, Maciej Misiołek, Maciej Głowacki. A wśród dorosłych Maria Głowacka i Katarzyna Tomasik oraz w punktacji rodzinnej Jan i Maciej Głowaccy.
Puchar Zabrza zdobył Marek Ignarowicz, a drugi najlepszy czas w całych zawodach miał Maciek Głowacki.
Miłą i przyjemną atmosferę rywalizacji sportowej popsuł organizator zawodów Nowiny Zabrzańskie.
Po pierwsze nie precyzując w prasie regulaminu zawodów zarówno w klasyfikacji generalnej (pucharowej) jak i rodzinnej. Stwierdzenie – 'klasyfikacja pucharowa tylko dla mieszkańców Zabrza’ jest mało precyzyjne), a regulamin klasyfikacji rodzinnej nie mówi o potrzebie wcześniejszego zgłoszenia do niego rodzin. Los zemścił się na organizatorach, dwa jednakowe, najszybsze przejazdy slalomu i nie klasyfikowanie najszybszej rodziny (już w zeszłym roku był podobny skandal i my dopełniliśmy wszystkich formalności, tym razem konkurenci nie). Pojawiły się protesty i niedomówienia.
Po drugie na końcu rozdawania nagród słowa Pani Redaktor: 'zostały nam puchary i medale – dzieci, kto pierwszy ten lepszy – niech sobie wybierze’ zbulwersował nas wszystkich. Staramy się jak możemy wychowywać młodzież i dzieci w duchu rywalizacji sportowej. Przejazd slalomu został uhonorowany dyplomami, rywalizacja sportowa pucharami i medalami, a tu taki lapsus – wstyd i hańba. Prawdziwi zwycięzcy zostali upokorzeni, dzieci się popłakały i trudno im było wytłumaczyć taki fakt, że koleżanka też trzyma w ręku taki sam puchar mimo, że slalom przejechała o 25 sekund dłużej.
Po trzecie dopuścił do startu (sklasyfikował oraz nagrodził !!) dziecko które zjechało tracę slalomu trzymane między nogami ojca. To tak jakby organizować zawody pływackie, rodzic sadza dziecko na pontonie i ciągnie (bo ono jeszcze nie umie pływać). Ambicje rodziców są przerażające. Przecież są specjalnie organizowane zawody dla takich maluchów, gdzie wśród rówieśników, samodzielnie stojąc na nartach mogą rywalizować i cieszyć się z osiągniętych sukcesów – zjechałem.
Nasunęła mi się pewna refleksja, iż będąc współorganizatorem (w latach 80 działałem w zarządzie 'Zabrzańskiego Klubu Narciarskiego PTTK – Biały Ślad’) wielu zawodów o Puchar Zabrza, bardzo dbaliśmy o precyzyjne formułowanie punktów regulaminowych (podstawą był NRS). Zawody odbywały się na trasach bardziej eksponowanych i przy udziale wielu zawodników (byłych wyczynowców) ze Szczyrku, Wisły czy Zakopanego. Przejazdy, czy to trasą FIS (od wieży do 'grzebienia’) lub czerwoną trasą nr 1 czy 10 GON na których było ustawionych 25-32 bramek, a czas najlepszego zawodnika był około 40-50 sekund. Wymagało to od organizatora dużego wysiłku i Biały Ślad jako techniczny organizator zawodów zawsze wywiązywał się z powierzonych obowiązków nienagannie. Po kilku latach nieobecności Pucharu w życiu narciarzy-amatorów z Zabrza znalazł on swoich następców. Wtedy patronował tej rywalizacji Głos Zabrza, teraz przejęły Nowiny Zabrzańskie, ale dalej chcą się ścigać narciarze, (dzieci i wnukowie poprzedniej generacji) w niczym nie zmąconej rywalizacji sportowej. Może i trudno dziś Nowinom opłacić inny, dłuższy i bardziej eksponowany stok dający lepszy obraz w rywalizacji (to kosztuje), natomiast nic nie kosztuje dobre sprecyzowanie regulaminu i przeprowadzanie zawodów od początku do końca w duchu sportowej rywalizacji.
Schodząc z gór całą drogę mocno dyskutowaliśmy (’szefowie’ Szkółek Slalom i Gigant) nad przyszłorocznym startem w tych zawodach. Może trzeba własnymi siłami zorganizować zawody o Puchar Zabrza? Przecież ze szkółek startowało ponad 120 zawodników, a i inni zabrzanie też chętnie staną do rywalizacji, która będzie dobrze zorganizowana (mamy wykwalifikowaną i doświadczoną kadrę) i będzie miała precyzyjny regulamin, oraz (mamy nadzieję) nie będzie takich wpadek jak na końcu tegorocznych zawodów.
WYNIKI PUCHARU ZABRZA
(klasyfikacja osób na stałe zameldowanych w Zabrzu)
| KLASYFIKACJA PUCHAROWA KOBIET | KLASYFIKACJA PUCHAROWA MĘŻCZYZN |
|
|
KLASYFIKACJA GRUPOWA
Grupa I dzieci do 8 lat
| Grupa II dziewczynki 9-12 lat
| ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||
Grupa III chłopcy 9-12 lat
|
Grupa IV dziewczyny 13-15 lat
| Grupa V chłopcy 13-15 lat
| ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||
Grupa VI panie i panowie
Grupa VII panie 41-50 lat
|
Grupa VIII panowie 41-51 lat
| Grupa IX panie 30-40 lat
| ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||
Grupa X panowie 30-40 lat
|
Grupa XI dziewczyny 16-20 lat
| Grupa XII panie 21-29 lat
| ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||
Grupa XIII chłopcy i panowie
|
Klasyfikacji rodzinnej gazeta nie podaje, ale wiemy, że drugie miejsce zajęła rodzina GŁOWACKICH – gratulacje!!
Ponieważ w góry zaitała odwilż, ostatni wyjazd narciarski z dziećmi też zrobiliśmy na Stożek spodziewając się tam jeszcze resztek śniegu. Jakież było nasze zdziwienie gdy dotarliśmy na miejsce, tak, jak by to był środek zimy, a nie drugi dzień wiosny. Idąc do góry za furmankami (które wieczorem w piątek zostały zamówione), w miarę nabierania wysokości, śniegu było coraz więcej. Cały dzień gęsto sypało i wiało. Najeździliśmy się po puchu w wyśmienitych warunkach narciarskich do woli, bo na Stożku byliśmy my i może jeszcze 5-10 osób. Te dzieci dla których nie straszny był padający śnieg i wiatr, który czasami mocno smagał śniegiem po twarzy zjechały 12x. Aż miło było patrzeć jak małe 'spławiki’ bez trudu pokonywały czarną trasę. Miały też nie lada uciechę, gdy przewracając się w miękkim puchu wstawali z niego jak istne bałwany.
Ponieważ był to ostatni wyjazd szkółkowy w tym sezonie, nie mogliśmy minąć McDonalds’a. Niektóre dzieciaki marzyły już od kilku dni o tym wyjeździe wiedząc iż wracając z nart wstąpimy 'na małe co nieco’.
Znów zawitaliśmy do Fulmpes gdzie zastaliśmy wiosnę, ale wystarczyło, że następnego dnia autobus wzniósł się na wysokość 1500 m npm (codzienne pokonywał ok 700m przewyższenia), a w około zapanowała zima. Nocne opady śniegu nie pozwoliły Austriakom na dobre przygotowanie tras i niestety w pierwszym dniu jazdy na nartach nie byliśmy zbytnio zadowoleni z tego co mieliśmy pod nogami. Na bardziej stromych stokach tworzyły się garby, które nie pozwalały na rozwinięcie dużych szybkości, a wręcz były przyczyną wielu wywrotek. Osoby, które po raz pierwszy były w Alpach mówiły, że trasy takie mają też w kraju. Ale następny dzień przywitał nas słońcem i nieźle przygotowanymi trasami.
Jeździliśmy wszyscy w grupkach, dzieci zawsze z instruktorami, a dorośli wg życzenia i chęci też udawali się pod opiekuńcze skrzydła doświadczonych narciarzy. Pogoda nam dopisała poza jednym dniem gdzie ranek przywitał nas deszczem. Obserwując zdjęcia z kamer pokazujących lodowiec nic nie było widać za sprawą gęsto padającego śniegu. W tym dniu skróciliśmy pobyt na lodowcu o ponad godzinę wyjeżdżając później i wracając wcześniej. Była też grupka która pojechała na zwiedzanie Innsbruck’a opowiadając potem jaka piękna starówka i jak jechali 'tramwajem’ po górskich serpentynach. To był na szczęście jeden dzień, gdzie przyszło nam jeździć w tak złych warunkach pogodowych. Ładnych dni było 4,5 a brzydkich 1,5. Odnoszę wrażenie iż trasy narciarskie nie były przygotowywane na medal, brakowało im ostatniego szlifu, a może dlatego że było cieplej i nie było takiego dnia że jeździło się po równiutkich trasach na świeżym 5 cm puchu.
Dzieci poczyniły ogromne postępy i w ostatnich dniach szusujące z nimi mamusie nie nadążały za swoimi pociechami prowadzonymi przez instruktora. Również chwalili się dużymi postępami snowbordziści którzy dopiero od niedawna uprawiają tę dyscyplinę narciarstwa. Natomiast wytrawny adept tej sztuki pokonywał coraz to nowe dziewicze tereny. Niektórzy narciarze wykorzystywali każdą chwilkę na szusowanie skracając przerwę do niezbędnego minimum, aby jak najwięcej się najeździć (codziennie pokonywali ponad 60 km tras).
Parokrotnie wieczorami spotykaliśmy się w świetlicy śpiewając przy akompaniamencie gitary, opowiadając dowcipy lub zawzięcie grając w skrable.
Ostatni dzień pobytu był troszkę inny niż do tej pory (musieliśmy opuścić pokoje przed wyjazdem na narty), a po powrocie, przebraniu się, kąpieli oraz kolacji spakowaliśmy szybciutko autobus i ruszyliśmy w drogę powrotną. W Zabrzu byliśmy dopiero o 1130 (mimo że do Czeskiego Cieszyna wjechaliśmy o 730). Duża kolejka autokarów na granicy i korek zaraz za granicą spowodowany wypadkiem był tego przyczyną.
I tak zakończyliśmy dziewiąty sezon Szkółki kolejnym, szóstym (w tym sezonie były dwa) wyjazdem w Alpy.
